Jest taki polityk Daniel Cohn-Bendit. Zlinkowałbym nazwisko z pl.wikipedią ale dowiedzielibyście się głównie, że jest pedofilem, znaczy się - niby tylko oskarżany... who cares? Pół artykułu o pedofilii. Zresztą teraz nie jest tak źle, początkowo to było:
Z jego osobą związanych jest wiele skandali seksualnych, w tym najpoważniejsze oskarżenie o pedofilę, do której sam się przyznał w swojej zapomnianej autobiografii.
Szczególnie podoba mi się ta "zapomniana autobiografia" :-) Jakby ktoś był zainteresowany to obszerniej o tym można poczytać tutaj.
Krążą po Internecie takie filmiki, głównie z jakimś Nigelem Faragem, który przy akompaniamencie nastrojowej muzyki bashuje wszystkie moje największe autorytety moralne. Wśród nich jest też Cohn-Bendit (za jakieś wybryki z flagą w Czechach czy coś takiego). Za tę flagę go chyba tak nie lubią, że aż muszą pisać o nim PRAWDĘ.
Pomyślałem sobie, że cyrki to dopiero muszą się dziać w artykule o samym Januszu. Nie pomyliłem się, artykuł przeżył wiele wojen edycyjnych, revertów, wandalizmów, blokad. Parę zabawnych:
- o wykształcenie były chyba największe boje
- raz zostawał szlachcicem
- a raz nie
- mniej znane publikacje
- życie prywatne
I dla wszystkich nędznych krytyków, którzy nie potrafią nic innego robić tylko narzekać, mam jedną wiadomość, która wytrąci im z rąk wszystkie argumenty - mamy najlepszą na świecie wiki jeżeli chodzi o publikacje Świadków Jehowy. Ha!
Parę lat temu wpadłem na pomysł wielkiej gry, a raczej całego 'świata' składającego się z co najmniej trzech gier. Jest to idea raczej z tych "w co bym wtopił kupę kasy jakbym był miliarderem". Wymyślałem to leżąc w łóżku i czekając jak usnę, więc może być to momentami niedorzeczne, ale postanowiłem się podzielić, bo wydaje mi się, że obecnie niczego podobnego nie ma (chociaż niedawny Spore w pewnym aspekcie trochę przypomina mój pomysł).
Jest to gra typu multi-player. Opiszę może w skrócie poziomy gry:
1. Szeregowiec
Na tym poziomie gra wygląda jak Battlefield 1942. Taki typowy first person shooter.
2. Dowódca
Gra na tym poziomie jest typu RTT. Na poziomie dowódcy gracz zarządza tym całym mięsem armatnim z niższego poziomu, tzn. wydaje polecenia typu 'zdobyć ten budynek', 'zając tamten obszar', itp. Szeregowcy jakoś tam widzą te polecenia. Dowódca może nagradzać i ganić graczy. Nagradzać, np. za pomysłowość, dobre wykonywanie rozkazów. Najlepsi szeregowcy otrzymywaliby możliwość awansu i dostępu do gry na poziomie dowódcy. W opcji single-player cechy i gra szeregowców byłaby jakoś tam kontrolowana algorytmem ewolucyjnym i dowódca-człowiek nadzorowałby tę ewolucję nagrodami i karami.
3. Generał
Najlepsi gracze z niższego poziomu mieliby możliwość awansu na poziom Generał (mechanizm wyboru najlepszych graczy podobny jak wcześniej). Gra na tym poziomie to bardziej strategiczna turówka typu Panzer General, ale odstęp między turami byłby dużo większy (bardziej godziny i dni, niż minuty) po to, żeby ta cała maszyneria z niższych poziomów mogła przemielić podjęte decyzje i wypluć wynik.
Oryginalnie mój pomysł wyglądał tak, że gracz przyłączając się do gry albo wybiera stronę NATO lub Układ Warszawski, albo jest zgodnie z geografią wrzucany do jednego z dwóch mocarstw. Zakładając, że jest to bardzo popularna gra i non-stop tysiące graczy jest on-line, rozgrywka wyglądałaby tak, że niewielka grupka generałów po jednej i drugiej stronie toczy między sobą wojnę za pomocą dowódców. A dowódcy toczą między sobą bitwy za pomocą szeregowców. I np. generałowie NATO jakoś kolektywnie wydumali (głosowanie?), że zatakują pięcioma dywizjami Polskę. I przez kilka (?) najbliższych godzin gracze z niższych poziomów, którzy się przyłączą do gry będą się tłuc na terenach Polski. Po jakimś czasie będzie znany wynik tego starcia i generałowie będą mogli dalej decydować.
W takim wariancie gry (NATO vs UW) na pewno jakoś trzeba rozwiązać nierówną ilość graczy po jednej i drugiej stronie.
W każdym momencie gracz może grać na poziomie niższym niż swój obecny. Więc w multi-playerze większość grałaby szeregowcami, trochę dowódcami, i garstka generałami. Mniej więcej w stosunku 500-25-1. Oczywiście byłaby dostępna opcja single-player, w której można grać na dowolnym poziomie (może trzeba trzeci poziom trochę zmodyfikować).
Kiedyś chyba jeszcze miałem w głowie jakiś level między dowódcą a generałem, ale nie pamiętam już szczegółów. To zresztą byłaby już chyba zbędna nadmiarowość.
Korwin ostatnio dużo bredzi o globalnym ociepleniu. Powtarza, w telewizjach do których go mieli przecież nie zapraszać, te swoje eksperymenty obalające globalne ocieplenie. Ale pieprzy przy tym strasznie.
Przy okazji czegoś tam w Poznaniu zaprosili go razem z Łukaszem Superganem (super nazwisko) z Greenepeace'u do Superstacji. Oto linki, ale polecam powycinane przeze mnie najzabawniejsze fragmenty w trzech tubkach zamieszczonych poniżej.
Adnotacje:
(1) Podobnie jak odkrycie Ameryki przypisywane Leifowi Erikssonowi, którą nazwał Vinland (od rzekomych winogron). Link. Korwin pewnie myśli, że takim funfactem obala antropogeniczne pochodzenie globalnego ocieplenia.
(2) Wpływ Słońca jest od kilkudziesięciu lat mierzony i od lat 50. irradiancja słoneczna się nie zmieniła, a temperatura tak. Link 1. Link 2.
Adnotacje:
(1) http://maps.scienceprogress.org/climate/index.php
Adnotacje:
(1) Wulkany emitują około 130-230 mln ton CO2 rocznie. Ludzie ok. 27 mld ton. http://volcanoes.usgs.gov/hazards/gas/index.php. W rzeczywistości duży wybuch wulkanu raczej ochładza klimat.
(2) http://en.wikipedia.org/wiki/Scientific_opinion_on_climate_change
Jak już jestem przy Korwinie, to świetny odcinek wideoblogu zamieścił niedawno. Jakby mnie ktoś zapytał, "a kto to ten Korwin jest?", to bym mu pokazał tę tubkę poniżej. Poważny pan, spokojnie tłumaczy jakiś klasyczny darwinizm społeczny. Wielokrotnie zresztą Korwin porusza ten temat na swoim blogu. Zabawna jest ta jego wizja człowieka jako superracjonalnej jednostki, która żyje w skrajnie egoistycznym społeczeństwie i knuje jak tu wszystkich wykiwać i wie, że każdy też tego chce. Korwin-cybernetyk pewnie sobie wymodelował jakimś układem, że najbardziej optymalnie jest mieć szóstkę dzieci. I pewnie myśli przy tym, że jest taki bardzo-bardzo logiczny i racjonalny, a nie zauważa jak śmieszne jest przykładanie do pożycia małżeńskiego sposobu myślenia z gier matematycznych, czy metod używanych przez ludzi, którzy 50 lat temu wymyślali scenariusze wojny jądrowej.
Za sprawą wydanego ostatnio wywiadu-rzeki z Andrzejem Żuławskim stał się on troszkę bardziej znany (a może było na odwrót?). Nie oglądałem wcześniej chyba żadnego filmu tego reżysera. M.in. Krytyka Polityczna zorganizowała w kilku miastach przegląd jego filmów. Wczoraj w Krakowie była "Trzecia część nocy". Pomimo tego, że mało z niego zrozumiałem to, o dziwo, film mi się spodobał. Ale ewidentnie *coś* tam jest, inteligentni (bo kto inny czytałby mojego bloga?) widzowie z pewnością to *coś* wyłapią. Tu by potrzeba było jakiegoś Zizka.
Film to taka oniryczna, symboliczna historia z czasów okupacji niemieckiej. Zawiera fajną, realistyczną scenę porodu (a przynajmniej realistyczną dla takie małego Jasia jak ja co takie rzeczy zna tylko z popkultury). Przez cały film przewija się również motyw karmicieli wszy, który jest oparty na faktach. Ojciec Żuławskiego - Mirosław (współtwórca scenariusza) faktycznie podczas II wojny światowej pracował jako karmiciel wszy. Było to wykorzystywane w opracowanej przez polskiego biologa Rudolfa Weigla metodzie produkcji szczepionki na tyfusa. Kiedyś czytałem, że Stefan Banach karmił tak wszy i zastanawiało mnie jak to niby wyglądało. W filmie jest to szczegółowo pokazane. Zakładało się na nogę opaskę z pudełeczkami z wszami i przez około 45 minut wszy piły sobie krew.
Była to podobno pierwsza skuteczna szczepionka przeciwko tyfusowi. Dzięki swojemu wynalazkowi Weigel mógł prowadzić swój Instytut nawet podczas wojny, okupacji sowieckiej i niemieckiej. Weigel podjął współpracę z Niemcami, ale mógł samodzielnie decydować o doborze personelu. Uratował w ten sposób tysiące ludzi, którzy pracując m.in. jako karmiciele wszy mieli legitymacje Instytutu. Szczepionka nielegalnie trafiała do ludności cywilnej, getta. Do instytutu trafiali profesorowie, inteligencja, partyzanci. W filmie jest fajna scena jak siedzi przy stole przyszła polska inteligencja i karmi wszy.
Jest takie fajne słówko slangowe - "analno-retentywny", wywodzące się chyba z grupy dyskusyjnej pl.rec.fantstyka.sf-f (w skrócie syff). Oryginalnie pochodzi z angielskiego anal-retentiv, ale po polsku to występuje chyba w postaci 'osobowość analna'.
Chyba pierwszy, tej metaforki (?) używał Freud. U niego rozwój ludzki podzielony był na kilka zabawnych faz, m.in. oralną - od chapania gębą, analną - od srania. No i wg. Freuda w fazie analnej, kiedy dziecko uczy się kontrolować defekację może dojść, w skutek konfliktu z powstrzymywaniem się od wypróżniania a niekontrolowanym wypróżnianie, do tzw. fiksacji analnej. Taka fiksacja na zatrzymywanie miałaby być odpowiedzialna za cechy osobowości określane jako analno-retentywne - upierdliwość, skłonność do kontrolowania, gromadzenia, pedantyczność. Np. analno-retentywny nazwę kogoś kto mi zwróci uwagę, że się pisze 'analnoretentywny'.
To co mi się podoba w tym całym Frojdzie to, że wszystko jest metaforą. Powstrzymywanie się od srania jest metaforą gromadzenia, uporu, kontrolowania. Już samo to zmusza, żeby tego Freuda traktować trochę z przymrużeniem oka - 'ale fajnie to dziadku wymyśliłeś :-)'.
W "Ucieczce od wolności" Fromm analizuje psychologię hitleryzmu. Opisuje tam niemiecką klasę średnią jako bazę hitleryzmu. Klasa średnia 'starej daty' miała szacunek do władzy, kult oszczędzania, oni budowali potęgę Niemiec. Świat w jakim żył uczciwy, niemiecki, drobnomieszczański patriota, płacący podatki, szanujący Rodzinę, monarchię i państwo po 1918 roku powoli się rozpadał. I właśnie Hitler, który głośno mówił o krzywdzie traktatu wersalskiego był dla nich objawieniem.
Ci przedstawiciele europejskich niższych klas średnich, właśnie są przykładem 'osobowości analnych' (ale nie w rozumieniu syffowym), żeby zacytować Fromma: "Tak np. jakaś osoba może odczuwać potrzebę gromadzenia pieniędzy albo innych przedmiotów, ponieważ sublimuje w ten sposób swe podświadome pragnienie zatrzymania stolca".
Konkluzja jest nieubłagalna - trzymanie stolca w dzieciństwie może spowodować wojnę.
I taki mój mały coming-out:
Pamiętam dosyć wyraźnie, że miałem w dzieciństwie duże problemy z wydalaniem. I to w tę stronę retentywną. Trudno, jestem skazany na taką konserwatywno-autorytarną prawicowość. I jak więcej o tym myślę to zauważam, że mój trolling w Internecie (nie tutaj oczywiście) jest coraz bardziej podświadomą (no more) sublimacją mojej prawdziwej osobowości ukształtowanej na nocniku.
Najprawdopodobniej ja jestem bardziej prawdziwy jak trolluję, bo wtedy chociaż na chwilę mogę być sobą, nieograniczony przez maski, konwencje narzucone przez środowisko. Trolling pozwala na umowną, sformalizowaną chwilę szaleństwa, którą ja nieświadomie wykorzystuję do ekspresji własnego siebie.
Skojarzył mi się, być może błędnie, ale Mihnik płaci mi za tępienie prawicowości na joggerze za wierszówkę, więc napiszę o Benedykcie Gierosławskim (z "Lodu" Dukaja). Uważał on, że kłamstwo jest prawdziwsze od prawdy. Bo jaki ktoś miał wpływ na to gdzie się urodził, albo w jakiej rodzinie się wychował? To jest wszystko przypadek. A to co nakłamie o sobie to dopiero mówi o nim dużo - kim chciałby być, jakie ma ideały, itp.
Miałem coś o tym napisać, ale pomyślałem sobie, że blogoateusze zrobią to lepiej, ciekawiej, zabawniej (np. Pan Opticum). Więc ode mnie tylko obrazek.
Good job papa! To cały krok bliżej Trytonmena i świętości!
Spread the good word!